Co myśmy wszyscy najlepszego zrobili? My pracownicy agencji PR, my członkowie zespołów PR wewnątrz firm i przeróżnych organizacji non profit i wreszcie my rzecznicy instytucji publicznych i partii politycznych, czyli my wszyscy, którzy podjęliśmy kilka lat temu świadomą decyzję o wyborze niełatwego dziś zawodu tzw. PR-owca. Co się stało po drodze, że dziś ścigamy się między sobą o to, kto skupił większą uwagę mediów, o kim więcej się mówiło, kto osiągnął większe AVE? Czy naprawdę w naszym zawodzie chodzi przede wszystkim o to, żeby się o nas dużo mówiło? Czy dziś największym zawodowym marzeniem jest dla nas wywindowanie swojego tematu na szczyty list popularności? Serio?

Wciąż pamiętam, że na początku chodziło nam o coś więcej. O to, by robić coś elementarnie pożytecznego, z ambicją, by działać dla wspólnego dobra. Chodziło nam wręcz o zmienianie świata na lepsze. Nie tak jak dzisiaj, gdzie podstawową wartością, którą powszechnie gwarantujemy potencjalnym klientom, jest dostarczanie tzw. standardu rumuńskiej prostytutki, czyli zapewnienie, że: „będzie Pan/Pani zadowolony/na”. Jak to się stało, że pozwoliliśmy imitatorom naszej profesji przedefiniować nasz zawód jako sztukę głównie politycznej manipulacji? Być może nie byliśmy w wystarczającym stopniu zmobilizowani, by na bieżąco reagować na nowo rysujące się reguły gry rynkowej, a być może po prostu przegapiliśmy ten krytyczny moment.

Ostatnio doszło do tego, że każdy etatowy polityk, ekspert czy dziennikarz wyciera sobie przysłowiową gębę pojęciem Public Relations zawsze, ilekroć ma zamiar w prosty i oczywisty sposób zdyskredytować populistyczne zachowania swych publicznych przeciwników. Dzisiaj mamy ostatnią szansę, by odwrócić ten wstydliwy fakt i uruchomić solidarne i konsekwentne działania korygujące.

Jak to się stało, że dzisiaj wstydzimy się nazywania naszego zawodu dumnie i po prostu jako Public Relations (po polsku tak samo, czyli: Relacje Publiczne), w niezrozumiały sposób uciekając się do pojęciowej ekwilibrystyki, która dziś każe nam opisywać nasz zawód na kilkanaście sposobów jako corporate & consumer communications, employee engagement, public affairs, CSR, issue management, itd. Być może zadziałała magia anglojęzycznych zapożyczeń, hmm dobrze by było, ale obawiam się, że porzucenie oryginalnej i według mnie pięknie oczywistej nazwy naszego zawodu zbiegło się w czasie z masowym wykwitem nie do końca etycznych praktyk propagandowych, które przez ich autorów świadomie były wówczas nazywane działaniami public relations dla dodania im tej spontanicznej wiarygodności, która była mocno powiązana z wówczas jeszcze renomowaną profesją.

Dzisiaj to Public Relations potrzebuje przywrócenia swej należnej i utraconej w ostatnim czasie wiarygodności i dlatego musimy wypracować nowy paradygmat istotności PR dla powszechnie pojmowanego dobra publicznego.

Ale na drodze ku tej fundamentalnej odmianie stoją dwie paskudnie, ale niestety solidnie ugruntowane praktyki, które musimy bezwzględnie zmienić.

Po pierwsze przetargi na profesjonalne usługi PR, w których coraz częściej rozum i zdrowy rozsądek zespołów kreatywnych jest zastępowany przez jednowymiarowy i przez to istotnie ograniczony zestaw działań korporacyjnych kupców, którzy zwykle spłycają zadania konkursowe do analizy porównawczej nadesłanych ofert głównie pod względem finansowym.

Wkurza mnie, gdy zadania przetargowe obejmują swym zakresem sformułowanie jakościowych rekomendacji czy wręcz gotowych do wdrożenia strategii opartych na analizie rzeczywistych uwarunkowań biznesowych firmy, a nie na tzw. dummy (czyli testowym) briefie. Takie podejście od razu budzi podejrzenie, że zamawiający nie chce grać uczciwie oraz że w jego agendzie jest być może chęć nieodpłatnego wykorzystania zasobów intelektualnych agencji.

Ale też w równym stopniu wkurza mnie, gdy w bezrefleksyjny i dobrowolny sposób biorą udział w takich niegodnych przetargach renomowane agencje, będące ważnymi uczestnikami polskiego rynku Public Relations. Wówczas, gdy normalnie oczekiwalibyśmy stanowczego, przeciwstawiającego się działania, takiego jak choćby oprotestowanie przetargu, obserwuję niezrozumiałe akceptowanie nierynkowych warunków konkursowych – być może – w nadziei na zdobycie prestiżowego kontraktu.

To się musi zmienić. Co to za biznes, kiedy realizuje się zaawansowane działania public relations dla ogromnych, bogatych korporacji bez wynagrodzenia lub po kosztach? Co to za zaszczyt, kiedy nie będzie nam wolno wylegitymować się zaawansowanymi i wielowymiarowymi aktywnościami PR, które zrealizowaliśmy dla takiego klienta? Co to za zwyczaj, w którym członkowie zespołów – wydawałoby się – merytorycznych marek wyręczają się niewolniczą (czyt. darmową) pracą osób ze zbriefowanych agencji, nie uruchamiając nawet w minimalnym stopniu własnych zasobów intelektualnych. Hej ludzie, rozumiem pragnienie pracy dla ikonowych marek, ale gdzie Wy chcecie być za 5-7 lat od dzisiaj. Na zasiłku dla bezrobotnych? Serio?

Po drugie, dramatem jest deprecjacja wartości profesjonalnego doradztwa PR, kiedy przychodzi nam w nieskończoność uzasadniać oczywistą wartość opracowywanych przez nas rekomendacji, które nie rzadko opierają się na ponad dwudziestoletnim zawodowym doświadczeniu.

Wkurza mnie, gdy klienci kwestionują wyliczaną godzinowym zaangażowaniem wartość dostarczanych im rekomendacji, sformułowanych przez konsultantów z wieloletnim doświadczeniem, podczas gdy w tym samym czasie bez zmrużenia oka akceptują np. ponad-dwukrotnie wyższe stawki godzinowe kancelarii prawnych. Nie umiem zrozumieć, dlaczego polskie korporacje są w stanie zapłacić kilkadziesiąt tysięcy złotych za projekt pozwu przygotowanego przez taką kancelarię, a nie potrafią godnie wynagrodzić renomowaną agencję PR za opracowanie spójnej strategii komunikacyjnej dla całej firmy.

Tak dalej być nie może, to jest naprawdę ostatni czas na reakcję. Przywróćmy profesji Public Relations na powrót jej zasłużone miejsce jako dziedzinie szlachetnej i w równym stopniu pociągającej dla jej wyznawców. Zwróćmy jej pracownikom utraconą wartość jako profesjonalnym doradcom, którzy w niczym nie ustępują pracownikom kancelarii adwokackich. Oddajmy jej należne miejsce jako metodzie budowania trwałego porozumienia pomiędzy różnymi grupami interesów. Żeby tak się stało, każdy z nas musi konsekwentnie negować haniebne przypadki przeinaczania znaczenia słów public relations, uporczywie tropić nieetyczne przetargi, piętnować działania nierzetelnych kupców i niezłomnie bronić wartości naszej pracy. Ja przynajmniej tak właśnie będę robił.

Grzegorz Szczepański

Więcej na blog.hkstrategies.pl

Privacy Policy

We have updated our Privacy Notice for this website. Please click below to review.

View Privacy Policy