Konfrontacyjny język dzisiejszych mediów ma problem z opisaniem języka dyplomacji, który sprawdza się w komunikacji kryzysowej.

Jednym z najczęściej dyskutowanych momentów szczytu NATO w Warszawie było wystąpienie prezydenta Obamy po spotkaniu dwustronnym z prezydentem Dudą. W zależności od źródła komentarza mogliśmy dowiedzieć się, że amerykański prezydent „zbeształ” Polskę za naruszenie norm demokratycznych lub też, że nic takiego nie miało absolutnie miejsca. Co ciekawe, obie strony przytaczały na dowód tekst przemówienia zamieszczonego na stronie Ambasady (oryginał znajduje się na stronie Białego Domu). Z tym, że każdy czytał je inaczej.

W trakcie swojego wystąpienia Barack Obama przypomniał jedną z podstawowych zasad, która decyduje o wyjątkowej roli, jaką Stany Zjednoczone przypisują sobie w polityce międzynarodowej. „Podstawą amerykańskiej polityki zagranicznej jest zasada, że mówimy głośno o tych wartościach [demokracja i pluralizm – przyp. aut.] na całym świecie, nawet z naszymi najbliższymi sojusznikami”. Historyczne dziedzictwo zapisane w Konstytucji i Deklaracji Niepodległości sprawia, że prezydenci USA nigdy nie unikali możliwości zwracania uwagi, wyrażania zaniepokojenia lub troski, a nawet wzywania do działań mających na celu wsparcie wartości demokratycznych. Prezydent Roosevelt zwracał uwagę na wolność prasy w Argentynie w 1943. Upomnienia płynęły w stronę ZSRR przez cały okres zimnej wojny. W marcu prezydent Obama wypomniał Saudyjczykom, że nadużywają swoich bliskich relacji z USA.

Nie chodzi jednak o przykłady „werbalnych interwencji USA”, których znalezienie w internecie nie jest trudne. Ważny jest język używany w tym procesie, znacząco różniący się od języka współczesnej polityki i mediów. Zarówno w konfrontacjach polityków, jak i polemikach dziennikarskich mamy dziś najczęściej do czynienia z nadużyciem i przesadą. Kiedy polityk używa słowa „strategiczny”, najczęściej okazuje się, że ma na myśli słowo „ważny”. Kiedy ktoś mówi, że produkt lub usługa jest „inteligentna”, czy nie mówi, że jest po prostu skuteczna? O tym, że język mediów stanowi często wyolbrzymienie rzeczywistości, chyba nikogo nie trzeba przekonywać.

Tymczasem język dyplomacji z natury unika konfrontacji, wyostrzonych porównań i żargonu nacechowanego emocjami. Nawet w przypadku ostrego sporu dyplomaci łagodzą swoje wypowiedzi, idąc drogą środka, która zostawia furtkę pozwalającą osiągnąć kompromis w przyszłości. Nie podważając osobistej sympatii Obamy do Polaków, przekazanie trudnej wiadomości wymagało od niego podania jej na łyżce cukru. Dlatego uprzejmości w stosunku do Polski i Polaków oraz łagodność w odniesieniu do sporu o Trybunał Konstytucyjny nie stanowią sedna wypowiedzi Obamy.

Prezydent nie pozostawia wątpliwości co do intencji swoich słów. Wśród pochwał przekazuje jasną wiadomość: „More work needs to be done”. Mówi wyraźnie, że nie słowa i nie gesty gwarantują porządek demokratyczny, ale sprawnie działające instytucje demokratyczne respektowane przez wszystkie strony. Jak szczery przyjaciel wzywa i nakłania do działania z poszanowaniem demokracji, wolności jednostki i rządów prawa.

Czy język dyplomacji ma zastosowanie w biznesie? Jak najbardziej, wystarczy przeanalizować tekst komunikatów prasowych dotyczących sytuacji kryzysowych. Charakteryzuje je ten sam język pełen empatii i wrażliwości. Mówi się tam o trosce i zrozumieniu, podkreśla wagę współpracy w ramach wspólnoty i ufność, że działania oparte na wartościach pozwolą przezwyciężyć podobne problemy w przyszłości. W tym kontekście wypowiedź prezydenta Obamy można potraktować jak komunikat o sytuacji kryzysowej w Polsce. Komunikaty mają jednak to do siebie, że nie trafiają do wszystkich.

Jarosław Sutarzewicz

Więcej na blog.hkstrategies.pl

Privacy Policy

We have updated our Privacy Notice for this website. Please click below to review.

View Privacy Policy