Amerykański dyplomata, Adlai Ewing Stevenson II, stwierdził blisko wiek temu, że dokładność jest dla gazety tym, czym cnota dla kobiety, przy czym gazeta zawsze może zamieścić sprostowanie. To – być może zbyt frywolne – stwierdzenie sprawdza się także na PR-owym gruncie, który wszak bez odpowiednich narzędzi i chirurgicznej dokładności przy ich stosowaniu może okazać się dla niektórych zbyt grząski i ściągnąć na dno niewprawionych w boju.

Portfolio narzędzi każdego PR-owca to co najmniej klika pozycji, wśród których niepodzielnie powinno rządzić jedno: słowo. Mała cegiełka, z której żmudnie budujemy opowieści klientów i dzięki której komunikujemy się z opinią publiczną. Dlaczego jednak jakość naszego warsztatu językowego powinna być istotna również dla klienta? Odpowiedź jest prosta: jak mawiał polski poeta, Karol Irzykowski, „pisanie to sięganie po władzę”.

Dzięki umiejętnemu operowaniu słowem możemy szerzej i trafniej dotrzeć z przekazem naszego klienta. Możemy sprawić, że to właśnie informacja o jego produkcie przyciągnie na dłużej oko dziennikarza, a na końcowym etapie także jego grupę docelową. Aby jednak mogło się tak stać, musimy nienagannie operować słowem. Z językowego punktu widzenia jakość treści prezentowanych obecnie w przestrzeni internetowej – i to nie tylko tej na forach czy w komentarzach – pozostawiają wiele do życzenia. Według tegorocznego raportu Instytutu Monitorowania Mediów, w artykułach informacyjnych politycy wykazują się „aktywną działalnością” lub działają „po najmniejszej linii oporu”, zaś sportowcy „cofają się do tyłu”, bądź „spadają w dół”. Na portalach można znaleźć także „fakty autentyczne”, „okresy czasu”, czy wydarzenia, które „trwają nadal”.

Powyższe pleonazmy już wielokrotnie bywały przedmiotem „wyśmiewania” i ku mojej wewnętrznej satysfakcji językowej purystki są coraz rzadziej spotykane w tekstach PR-owych. Jednak moje ostatnie 12 zawodowych miesięcy upłynęły pod znakiem PR-u technologicznego, który niczym gąbka chłonie angielskie zapożyczenia. To działka nie tyle narażona na zalew „masła maślanego”, co niepoprawnie używanych kalek językowych. Część z nich wyjątkowo działa mi na nerwy, dlatego stworzyłam swoje prywatne zestawienie wyrazów o podwyższonym ryzyku niepoprawnego użycia.

1. Funkcjonalność.

Jedno z częściej zauważanych przez mnie, błędnie używanych słów, które bywa traktowane jako synonim wyrazu „funkcja”, „opcja”. A przecież funkcjonalność to nic innego jak użyteczność, pojęcie, które możemy mierzyć w skali. I tak, dla osób nieposiadjących dostępu do Internetu funkcjonalność internetowego serwisu informacyjnego wyniesie zero, zaś dla spragnionych dopływu świeżych informacji, zapewne 10. Z kolei ostatni aparat firmy X nie będzie miał kolejnej funkcjonalności, a nowe funkcje.

2. Dedykowany.

Wyraz utworzony od czasownika „dedykować”, czyli poświęcić komuś np. utwór literacki, umieszczając w nim dedykację. W informacjach prasowych „dedykowane” może być niemal wszystko: wydarzenia, telefony, portale. Jeśli słowa tego chcielibyśmy użyć w formie imiesłowu, tłumacząc np. „computer dedicated to audio recording”, znacznie zręczniejsze i precyzyjne będzie użycie wyrazu „przeznaczony”.

3. Menedżer.

Spotykany w tekstach jako (niepoprawnie zapisany) „menager”. To błąd wynikający z niepoprawnego zapożyczania angielskich wyrażenia. W języku polskim dopuszczalne opcje tego słowa mogą brzmieć również: menadżer lub manager.

4. Flagowy.

Najczęściej spotykany w tekstach opiewających produkty danego producenta. Wyraz „flagowy” jest związany jednak przede wszystkim z okrętami, a tym przypadku można użyć przecież polskiego słowa „sztandarowy”.

5. „Okazał się”

To z kolei kalka z języka angielskiego, którą można znaleźć w niepoprawnych sformułowaniach typu „telewizor okazał się być najlepszym modelem na rynku”. W języku polskim owo „być” jest po prostu zbędne.

Choć pewnie nie każdy zdaje sobie z tego sprawę, ochrona polszczyzny jako jednej z podstaw naszej tożsamości jest zapisana w ustawie o języku polskim z 1999 roku. W teorii język polski jest zatem chroniony na szczeblu ustawowym, jednak w praktyce owa ochrona obowiązuje jedynie na papierze. Być może to właśnie PR-owcy powinni stać na straży poprawności języka polskiego i zapewniać przy tym nieskazitelne teksty dziennikarzom i swoim klientom?

Nie łudzę się jednak, że uda nam się w pełni uniknąć zbędnych anglicyzmów. Dynamika przenikania się języków nabrała już niewyobrażalnego tempa. I dobrze. Pamiętajmy jednak, aby stosować je z głową, czyli poprawnie i tylko wtedy, kiedy jest taka potrzeba. Pozbądźmy się również przy tym kompleksu niższości względem Zachodu. Zachwyćmy się spektrum możliwości ekspresji, jaki daje nam język polski. Pokażmy, że doceniamy naszą mowę, „a niechaj narodowie wżdy postronni znają, iż Polacy nie gęsi, iż swój język mają”.

Milena Świątek

Więcej na blog.hkstrategies.pl

Privacy Policy

We have updated our Privacy Notice for this website. Please click below to review.

View Privacy Policy